| Być tymczasem... |
|
There are no translations available. 25.01.2010r. Garsteczka wspomnień z domu tymczasowego. Dawno, dawno temu w zimowe styczniowe popołudnie zapukał do naszych drzwi chłopak. Był z nim bokser, który swoim wyglądem przypominał raczej eksponat z muzeum... Ale był on wyjątkowy, to podopieczny Fundacji SOS BOKSEROM. Dobre duszyczki uratowały tego jegomościa z beznadziei schroniska, gdzie gasł w oczach i szybko tracił wiarę w to, że pies może mieć swój kawałek kanapy, miskę pełną pyszności, a co najważniejsze pana - miziacza do kochania... Nasz bohater zwał się Borys....choć wcale na Borysa nie wyglądał, raczej na szkieletora lub innego wysuszonego skwarka. I tak trafiło do nas te 24 kg nieszczęścia - stanowczo za mało, jak na boksera. Początki naszego wspólnego życia były bardzo trudne... Nie chciał chłopak z nami GADAĆ - leżał tylko, wzdychał, na spacer szedł, bo go wołali, ale żeby chciał, to nie. Jemu było dobrze w tej beznadziei. Bawić się z suczką - rezydentką? A po co? Pewnie sobie myślał "BEZ SENSU". Jeść? - no jak już mnie tak zmuszają, to ok, przełknę te 3 kulki suchej karmy. A jak zachce mi się siku, to sobie siknę na ścianę, bo ściany - przynajmniej te w schronisku - były po to, żeby sobie na nie sikać...
Chwilami dopadało nas zwątpienie....wtedy dzwoniłam do Zosi z Zarządu i prawie beczałam w słuchawkę, że: TO BEZNADZIEJNY PRZYPADEK, ŻE NIE DAJĘ RADY, ŻE Z TEGO PSA NIC NIE BĘDZIE... Ale wtedy Zosia mówiła, że na pewno nie jest tak źle, że sobie poradzę, że potrzeba czasu i cierpliwości. To dawało mi siłę na kolejne dni walki z Borysem - walki o jego BOKSIOWĄ RADOŚĆ ŻYCIA. No bo musiał ją mieć gdzieś bardzo, bardzo głęboko w sobie, zranioną, okaleczoną, ale jeszcze żywą... Uzbrojona w cierpliwość stawałam na ring z Borysową depresją. Każdy nowy dzień to było zmaganie - o dodatkowe 5 kulek karmy, o nieobsikaną ścianę, o kontakt i zaufanie... I w końcu, po dwóch miesiącach, nastał ten dzień, w którym Borys po raz pierwszy poruszył swoim malusim boksiowym ogonkiem. I nie było to bynajmniej typowe psie merdanie. To było ledwie drgniecie, ale ja cieszyłam się jakbym wygrała w totolotka. Wiedziałam, że to jest początek Borysowej odmiany.
Dni upływały nam coraz radośniej. Borys zmienił się w Bońka - przytulaka. Coraz chętniej brał udział w naszym życiu rodzinnym. Aż w końcu pewnego dnia pierwszy raz polizał mnie po twarzy. I wiem że tego dnia jego BOKSIOWA NATURA wygrała z DEPRESJĄ. Tu moglibyśmy zakończyć tę historię, ale to nie koniec, bo do pełni szczęścia Bonkowi brakowało jego własnego prywatnego pana... Aż wreszcie uśmiechnęło się szczęście do Bońka. Zadzwonił pan do Zosi, że chce, że tylko Bonka. I się zaczęło....
Ale Pan i Pani zakochali się w naszym Bonisławie - z wzajemnością. A każdy wie, że nie można stać na drodze miłości. I pojechał nasz Bonko zdobywać świat. Nowe krzaczki, nowe kępy trawy... A my? Zostaliśmy tu... I powiem wam, że jest PUSTO. Psia kanapa jakby za duża. I nie włazi mi nikt na kolana, jak piszę. I spacer nie był taki, jak zawsze -szalony. Smutno nam bez Ciebie Bonko, ale bardzo się cieszymy, że w końcu i dla Ciebie znalazł się miziacz, którego możesz kochać całym swym psim serduchem. POWODZENIA CHŁOPAKU... Pustkę po Borysie w naszym domu zapełnił kolejny tymczasowicz. Potem następny. Oglądanie ich potem w nowych domach, czytanie wiadomości od właścicieli osładza nam gorycz każdego rozstania. Bo jeśli nie my, to kto? Jeśli nie dziś, to kiedy? Oby nie było za późno dla tych, którzy marzną dziś w schroniskach. Autor: Karina Jeśli zainspirowała Cię historia Borysa i chciałbyś dać któremuś z potrzebujących bokserów tymczasową opiekę, cierpliwość, serce i ciepły kąt... |

















